poniedziałek, 28 grudnia 2015

2.Rozstania zawsze są bolesne. Nawet jak zmieniają nas na lepsze.



   Izzy
 Usiadłam ostrożnie na łóżku głęboko oddychając. Czułam się jakbym traciła powietrze i mimo, że starałam się oddychać to nie mogłam. Nie chciałam płakać. Nie kiedy patrzy Astrid i ma przez to cierpieć. Uśmiechnęłam się więc tylko do małej pakując do torby najpotrzebniejsze rzeczy. Szczoteczka, służbowe ubranie, którym teraz miała być czarna, przed kolano sukienka, buty, które uznałam za najwygodniejsze i zdjęcia. Moje, Astrid i Chrisa. Momentalnie poczułam jak w gardle staje mi wielka klucha.
   ,,Izzy uspokój się. To tylko trzy miesiące, minie jak z bata strzelił, a jak wrócisz to znów będziesz móc walczyć z tymi pieprzonymi stworami.’’ No tak, ale przez te cholerne trzy miesiące muszę im usługiwać i się przed nimi płaszczyć. Pięknie mi się układa życie jak na razie.
   Ciche pukanie do drzwi, a zaraz potem tupot małych stóp Astrid. Dziewczynka otworzyła chłopakowi i wskoczyła mu na ręce coś szepcząc na ucho. Ten tylko skinął głową i posadził ją na fotel.
  -Przepraszam.- wyszeptał obejmując mnie w pasie i mocno do siebie przytulając. Do oczu napłynęły mi łzy, którym nie pozwoliłam popłynąć.
   -Daj spokój. To trzy miesiące, a nie wieczność. Zobaczysz jeszcze będziesz miał mnie dość jak wrócę.- chłopak parsknął śmiechem, choć wiedziałam, że po części wymuszonym.
  -A jakże inaczej.- zamilkł na krótko, by spojrzeć na Astrid.- Mała, Rose ma coś dla ciebie w kuchni. Zmykaj.- powiedział. Uradowana dziewczynka wybiegła zostawiając za sobą otwarte drzwi. Chciałam je zamknąć jednak Chris złapał mnie szybko i wpił się w moje usta. Poczułam na swoim policzkach łzy. Moje i jego. Zaśmiałam się przez szloch rzucając mu się na szyję.
  -Kocham cię.- powiedziałam zanosząc się płaczem i wtulając w jego zielony, wojskowy mundur, którego nie zdążył zdjąć po zebraniu. Swoją drogą, wyglądał w nim zniewalająco przystojnie.
  -Ja ciebie bardziej. Nie wiem jak sobie bez ciebie poradzę. Nie martw się o nic. Ani o Astrid, ani o Organizację, ani nawet o mnie. Wszystkim się zajmę razem z Rose. Obiecuję, że małej nic nie będzie, a od dzisiaj śpi u mnie w pokoju.- wydeklamował obsypując mnie jednocześnie pocałunkami.
   -Wiem, ale jak sobie pomyślę, że ma być tak daleko od was tyle czasu to mnie ściska.- wyszeptałam wtulając się w tors chłopaka. Czułam jak powoli oddycha zastanawiając się co mi odpowiedzieć żebym nie poczuła się jeszcze gorzej.
  -To wszystko moja wina. Powinienem się przyznać. Ale wiesz jak było. Musiałem to zrobić dla siebie i dla nich.- powiedział łapiąc mnie za szyję i zmuszając do spojrzenia w swoje błękitne oczy.- Oni nie mogą tak bezkarnie nas wykańczać. A rodzice… Na pewno byli by zadowoleni z jednego obcego mniej.- skinęłam głową doskonale go rozumiejąc. Moi rodzice też zginęli z rąk nadludzkich. Jeszcze miesiąc temu miałam rodziców, razem się śmialiśmy i cieszyliśmy, a teraz musze ich opłakiwać.
  -Sama bym to zrobiła gdybym miała okazję. Nie rozumiem czemu nie możemy ich po prostu zabijać od razu, czemu musimy pytać się o zgodę zarządu? Przecież i tak wszystkich wybijamy na końcu jak leci.-zasunęłam zamek od walizki i spojrzałam na zdjęcie stojące na stoliku nocnym. Złapałam za nie i wręczyłam Chrisowi.- Daj je Astrid jak już wyjadę.- chłopak tylko skinął nie spuszczając ze mnie wzroku.
   -A co do twojego wcześniejszego pytania… Wiesz jaka jest procedura. Przesłuchanie, informacje, a dopiero potem kulka w łeb.
   -A jeśli któreś będzie miało moc która zabije nas wszystkich zanim zdążymy go przesłuchać? Co wtedy? Kulka w łeb dla nas?- chłopak cicho zaśmiał się.
  -Może, miejmy nadzieję, że takiej siły jeszcze nie posiadają. To by było jak bomba nuklearna.
***
  Odetchnęłam przeglądając się w lustrze. Wyglądałam jak zwyczajna pokojówka. Ciemna sukienka, krótkie paznokcie,czyli przepisowo. Tylko jedno się nie zgadało. Moje buty. Najwygodniejsze trampki jakie miałam w domu. Związałam włosy w wysokiego kucyka, a szczotkę rzuciłam na satynową pościel mojego nowego łóżka. 
   Czas przywitać się z tymi czubkami i zastanowić się komu pierwszemu wpakować  pięść w twarz. Tyle nieprzyjemności mnie tu czeka, w końcu oni nawet nie mają mózgów jak ludzie. Są istotami bezrozumnymi, które robią to na co są zaprogramowane. Jak maszyny. Tak przynajmniej mówili w telewizji kiedy to się zaczęło. Zeszłam po krętych schodach po czy stanęłam w ogromnym holu wypełnionym po brzegi jakimiś pucharami, portretami i starymi meblami. Mieli tu tyle staroci, które przydałyby się na rozpałkę u nas w szturmowisku(innymi słowy Organizacja)
  -Dzień dobry.-odezwał się niski, męski głos. Odwróciłam się na palcach i spojrzałam w oczy chłopakowi. Miał około metra osiemdziesiąt pięć, cienko ostrzyżone ciemne włosy i oczy, których koloru nie mogłam rozszyfrować.- Panna Arizona czyż tak?- boże, jak on mówił. Jak jakiś arystokrata.
  -Cześć. Tak, to ja. Chciałam tylko spytać czy jestem do czegoś potrzebna bo chciałam zająć się myciem okien, a nie chciałabym…- chłopak przerwał mi niezwykle niegrzecznie jak na takiego poukładanego.
   -To nie należy do twoich obowiązków tutaj. Od tego mamy specjalnych ludzi. Nie możesz się narażać  i myć okien na wyższych piętrach.- czyżby myśleli, że mam zamiar skoczyć? Jeszcze czego.- Będziesz pracować w kuchni. Ale zanim to. Jestem Vincent Royal. Mam nadzieję, że będziesz dobrze czuć się w naszym domu.
-Naszym?- wydukałam nie odrywając od niego wzroku.
 -Oczywiście nie twoim. Ty na pewno masz rodziców którzy na ciebie czekają i tam jest twój dom, ale chciałbym z siostrą żebyś czuła się jak u siebie.- ugryzłam się w język żeby nie wykrzyczeć mu prosto w twarz, że zamordowali mi rodziców ci jego kumple z jego gatunku.- Skye odwiedzi cię wieczorem w pokoju żeby zobaczyć czy dobrze się czujesz. Jeśli będzie taka konieczność będziemy wyznaczać ci inne zadania niż kuchnia, ale na razie musisz się przyzwyczaić do tego miejsca.- skinęłam głową na znak zrozumienia.-Alfie wszystko ci wyjaśni.- jakby na dźwięk swojego imienia obok mnie zjawił się chłopak.
   -Cześć.- powiedział cicho tak by nie usłyszał Vincent i puścił mi oczko.
  -Zaprowadź pannę Arizonę do kuchni i pokaż jej co należy robić o tej porze dnia. Jak już to zrobisz to przyjdź do mnie i Skye. Mamy coś do uzgodnienia.
   Ruszyliśmy wraz a Alfiem w stronę schodów prowadzących w dół. Miałam zamiar przez całą drogę milczeć, ale on chyba nie rozumiał co oznacza cisza, bo cały czas coś gderał, a to obsłudze, o niezdecydowaniu nadludzi czy o okropnym jedzeniu jakie dają służbie.
  -Wiem, że nie jesteś człowiekiem.-powiedziałam tylko krótko nie spuszczając wzroku z schodów. Chłopak stanął w miejscu po czym dobiegł do mnie i zatrzymał mnie żelaznym uchwytem.
  -Coś ty powiedziała?!-wręcz krzyczał na mnie.-Nigdy nie mów takich bzdur. Jestem człowiekiem, a nie jakąś pieprzona maszyną.- warknął po czym ruszył szybkim krokiem przed siebie. Takiej reakcji się nie spodziewałam. Liczyłam raczej na śmiech, który miałby mnie zmylić lub obojętność, ale nie złość. Oni się nie złoszczą. Chyba.
   -Wybacz.- powiedziałam tylko cicho licząc, że usłyszy i nie będę musiała powtarzać drugi raz.
  -Zapomnijmy o tym, a teraz przywitaj się z naszą ekipą.- warknął jeszcze nieco wytrącony z równowagi i otworzył przede mną drzwi wielkiego pomieszczenia, które miało być kuchnią.

 ____________
Od Akwamaryn: Nie spodziewałam się, że tak szybko uda mi się go napisać. Mam nadzieję, że Izzy wam przypadnie do gustu i jej bunt przeciwko wszystkiemu co się rusza. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz