poniedziałek, 28 grudnia 2015

4.Azyl

Izzy


   Po opuszczeniu gabinetu głęboko odetchnęłam.Czemu to wszystko musi być tak trudne i upokarzające? To oni powinni pracować dla nas a nie na odwrót. Ojciec zawsze mi powtarzał, żeby nigdy nie wyrywała się przed szereg bo przysporzę tylko sobie samych kłopotów. I miał rację. Przez mój wścibski nos i niewyparzony język trafiłam do jakiegoś wariatkowa z rodzeństwem z psychiatryka. 
   Szlag mnie trafia na samą myśl, że będę musiała pomagać Skye. Nie wyglądała na miłą osóbkę, która śpi z pluszowym misiem u boku. To raczej typ laski, która urwała by facetowi jaja za sprośny dowcip. Z jednej strony tak mi przypomina siebie z tym sarkastycznym i udawanym uśmieszkiem, a z drugiej  nie chciałabym nawet znać jej imienia wiedząc co ona wyprawia w godzinach pracy z ludźmi. 
  Zacisnęłam mocniej zęby zbiegając po schodach do kuchni. Wypuściłam z siebie powietrze dopiero gdy znalazłam się przy drzwiach i zobaczyłam to co musiałam zobaczyć. Serce mi na moment zamarło. Poczułam jak oddech mi przyśpiesza, a twarz zastyga. Przede mną znajdował się facet, niezwykle dobrze zbudowany z bronią w dłoni, którą mierzył w Alfiego. Mężczyzna był zwrócony do mnie plecami więc nie był w stanie mnie dostrzec. Ja jednak doskonale zdawałam sobie sprawy z tego jak wszyscy inni w pomieszczeniu gapią się na mnie. Wszyscy oprócz Alfiego. On stał patrząc prosto w twarz strażnikowi i mrużył przy tym wojowniczo oczy. Wszystkie kucharki i pokojówki, które w jakiś sposób dotarły do kuchni akurat w tym momencie, gapiły się na całe zamieszanie nie odzywając się ani słowem.
  -Rozumiesz co do ciebie mówię ty ludzka pokrako?!- wrzasnął strażnik przykładając broń do czoła Alfiego. Chłopak jednak ani śmiał drgnąć. Ja za do cała drżałam w środku myśląc o tym co musiał takiego zrobić. - Odpowiedz albo odstrzelę ci łeb!
 -Odpowiedz...-wymsknęło mi się przez przypadek. Ja i mój język, który nie może wysiedzieć za zębami. Cudownie. Facet  obrócił się do mnie.
  -Słyszysz ją? Odpowiedz. Swojej koleżance z gatunku chyba nie odmówisz.- zacisnęłam pięści i już miałam się na niego rzucić chcąc oderwać mu nos i wydłubać sztuczne oczy kiedy Alfie złapał mnie za rękę i i przeciągnął za siebie.
  -Rozumiem. Dostosuję się.- wyrecytował szybko.
  -Ma się rozumieć.- na twarzy strażnika pojawił się uśmieszek, który mówił, że innej odpowiedzi nie przyjął by.-Wieczorem chcą cię widzieć u Vincenta. Módl się żeby był tak łaskawy jak ja.- i zanim zdążyłam zareagować zniknął. Cisza automatycznie została przerwana i wszyscy wrócili do swoich zajęć. 
  -Idiotko! Całkiem ci odbiło?! Kiedy rozmawia się z Oliverem nie wolno przeszkadzać.- warknął wściekły Alfie puszczając moją dłoń.
  -Przepraszam bardzo, ale jestem tu nie cały dzień, a mam wszystko wiedzieć? Czego on tak w ogóle chciał?- spytałam nie spuszczając wzroku z chłopaka.
  -On tu jest od wyznaczania kar. Jeśli coś przeskrobiesz to on się tobą zajmie. Jeśli musisz wiedzieć to poszło o list.- spojrzeniem dałam mu do zrozumienia, że nic nie rozumiem z jego paplaniny.- Raz w miesiącu wysyłamy list do bliskich, ale są określone kryteria. Nie możesz narzekać na życie u swoich opiekunów, nie możesz zdradzać informacji, które doszły twoich uszu nawet przypadkiem w domu nadludzi. Nie wolno ci też rozmawiać na tematy ich rasy. Czyli w sumie możesz pisać tylko o pogodzie i pytać co u nich. Złamałem zasady. I więcej nic ci do tego.- wydeklamował po czym spokojnie wyszedł jak gdyby nigdy nic. 
  No pięknie. Dobrze, że wiem o tych zasadach teraz a nie po pisaniu listu. Jeszcze bym się wkopała w jakieś bagno.

***

     -Panno Arizona. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że zabiorę ci kilka minut.- powiedziała Skye siadając w fotelu w salonie. Chciałam jak najszybciej przebrnąć przez formalności i położyć się w łóżku. Teraz liczyłam już tylko na sen. Miałam dość wszelkich atrakcji dnia. Logicznym było więc, że nie odpowiedziałam na to pytanie. Nie chciałam kłamać, a tym bardziej obrazić jej. Raczej by mi nie popuściła.- Lubi pani dzieci? 
  -Co to za pytanie?- czy to nie wykracza już poza sfery zawodowe. Chyba mam prawo do własnych upodobań.
  -Rutynowe. Zajęcie do którego chcę panią włączyć wymaga odpowiedzi na to pytanie. Nie chciałabym żeby męczyła się pani z powodu obowiązku który na panią narzucimy.- dobra. To staje się co najmniej dziwne.
  -Lubię.- tak. To jest dobra i rzeczowa odpowiedź. Po co zagłębiać się w informacje o Astrid czy mnóstwie dzieciaków, który poniosły śmierć z rąk tych sukinsynów. Ograniczmy się do zdawkowych odpowiedzi.
 -To cudownie. Proszę za mną.- uśmiech zawitał na twarzy Skye. Dziewczyna wstała i ruszyła w stronę wyjścia. Przeszliśmy kilka przecznic. Nie powiem żeby było mi jakoś ciepło w sukience ledwo za kolano i czarnych balerinach, ale moja towarzyszka wcale nie wyglądała lepiej. Miała na sobie jedynie czarne rurki i koszulkę ledwo zakrywającą brzuch. Kiedy w końcu jednak dotarliśmy na miejsce i weszliśmy do środka chłód nie miał znaczenia. Byłyśmy TU. W miejscu o którym tylko słyszałam pogłoski i historie. W miejscu o którym mówiło się z taką nadzieją i radością. Chciałam żeby ono istniało, ale bałam się go szukać. Bałam się, że go nie znajdę i stwierdzę, że nie istnieje. A to doprowadziło by mnie do rozpaczy. 
   I co z tego, że chciałam być twarda? Co z tego że zacisnęłam zęby i pięści jeśli i tak upadłam na kolana przed Skye i zatopiłam się w łzach szczęścia. Boże, jak dobrze, że tu trafiłam, że odnalazłam azyl dla Astrid kiedy już zginę razem z Chrisem. Tu ją wyślę. Właśnie tu. 
  Głośno zaszlochałam kolejny raz czytając tabliczkę wiszącą na ścianie w pomieszczeniu pełnym dzieci.
  ,,Sierociniec dla dzieci, których rodzice polegli w walce.''
Maluchy były wszędzie. Jedne biegały i krzyczały bawiąc się, inne siedziały w kącie płacząc zapewne za rodzicami. Oczywiście, że było mi ich żal. W końcu gdyby nie ja Astrid też by tu trafiła. Ale to miejsce je ratowało. Wyciągało je z dna i zapominało o podziałach. Tu mogły być bezpieczne.  Nie szczęśliwe w pełni, ale bezpieczne.
  -Sierociniec ma pod swoją opieką ponad setkę dzieci. Pracują tu wolontariusze jak i opłacani opiekunowie. Ludzie i nadludzie, wszyscy o dobrym sercu. Wyboru dokonujemy powoli i starannie, a ty po prostu tu pasujesz. Będziesz tu ze mną przychodzić codziennie na trzy godziny. Jeśli uznasz, że podołasz przydzielimy ci grupę dzieci pod własną opiekę. Będzie to piątka podopiecznych. Nie masz prawa wyboru więc nie przywiązuj się do nich i nie faworyzuj.Są tu dzieci i wasze i nasze, ale traktujemy je tak samo, zresztą różnicy i tak byś nie dostrzegłam. Jeśli masz jakieś pytania zadawaj je śmiało.- zakończyła stojąc nade mną. Zapewne powinnam już wstać, ale czułam że nie mam na to siły.
  -Przepraszam.- wyszeptałam podnosząc się i wycierając policzki od łez.
  -Wiem, że Alfie ma ci pomagać więc jeśli masz ochotę mogę przepisać go razem z tobą. Jak uważasz?- co prawda źle zaczęliśmy i Alfie pewnie będzie mnie teraz unikał, ale to na razie jedyna osoba z którą rozmawiałam oprócz Skye i Vincentem, no i tego typa Olivera. 
  -Była bym wdzięczna.- powiedziałam pewnie.
  -Dobrze. Zaczynamy od jutra.


__________
Od Akwamaryn: Dobra! Napisałam! Jakoś to przeżyłam i udało mi się znaleźć tę chwilę w nawale nauki. Co do rozdziału to będzie krótko i zwięźle. Chyba mi się podoba, ale jestem samokrytyczne więc wybaczcie, że ocenę zostawię wam.

3. Plan.



Skye




       Usłyszałam delikatne pukanie do drzwi. Uśmiechnęłam się. Lubiłam wizyty Alfiego. Jako jeden z nielicznych nie bał się ze mną obcować. Nie, nie oznacza to, że byliśmy przyjaciółmi. Inni czuli lęk na myśl o przebywaniu ze mną w jednym pomieszczeniu.
   -Proszę.-mruknęłam. Drzwi prawie natychmiast się otworzyły. Łuna światła padła na ścianę.
   -Skye, dlaczego znowu siedzisz w takich ciemnościach?- zapytał ze zdziwieniem. Nagle ciemne rolety podniosły się. Kącik moich ust uniósł się ku górze. Alfie posiadał całkiem przydatny dar. Dar lewitacji. Potrafił unosić nie tylko przedmioty. Ludzi również.
   -Odpoczywałam. Wczoraj odbywała się egzekucja. Vincent na pewno mówił ci o Aleksjeju.
   -To ja go przyłapałem Skye.- zdecydowanie podszedł do łóżka na którym siedziałam. Bezceremonialnie usiadł obok mnie. Drygnęłam. Poczułam jego zapach i ciepło ciała. Czułam się niezręcznie. Alfie wyczuł to doskonale i odsunął się.
Nigdy nikt nie był tak blisko mnie.
   -Dlaczego mam zaszczyt cię tu gościć?- zapytałam patrząc mu w oczy. Przeczesał ręką włosy i uśmiechnął się. Czasami wątpiłam w to czy jest jednym z nas. Potrafił być tak ludzki. Niesamowicie dobrze grał.
   -Czy Vincent mówił ci, że mamy nowego gościa?- patrzyłam na niego w bezruchu.- Izzy Arizona. Działaczka Organizacji Zrzeszającej i Ratującej Ludzi. Nienawidząca Nadludzi. Pyskata i niewychowana.- uśmiechnął się. Patrzyłam na niego bez wyrazu, zastanawiając się do czego dąży. – Vincent prosił żebyś objęła ją szczególną opieką i uwagą.
   -Ale po co? Chcemy się dostać w ich szeregi? I tak mamy nad nimi pełną kontrolę.- odparłam.
   -Nie. Ale ostatnio zdecydowanie nasiliła się ich propaganda. Coraz więcej skazanych. Liczby mówią same za siebie. Przeczuwamy, że jest to niewielka część planu. Wszyscy wiedzą czego Ludzie chcą dokonać, jednak nikt nie wie jak.
Do tego zadania zostaliśmy wyznaczeni my. Ja udaję jednego z Nich, postaram się dostać do ich organizacji. Twoja rola jest natomiast inna..- delikatnie się uśmiechnął. Chyba próbował mnie zaniepokoić.


***


            Usłyszałem leniwe pukanie do drzwi. Ściągnąłem brwi. Skye spojrzała na mnie z uśmiechem. Wywołało to we mnie mieszane uczucia. Cieszyła się jak nowo narodzony po poczuciu zapachu przygody. Racja, nigdy nie mogła pozwolić sobie na choć namiastkę normalnego życia, a od ostatniego wyjścia na powierzchnie i obcowania z Ludźmi minęło sporo czasu. Jednak nie myślałem, że wpłynie to na nią do tego stopnia.
   -Proszę.- powiedziałem spokojnie.
Do gabinetu weszła drobna blondynka w ciężkich ciemnych butach.
   -Miło panią widzieć.- powiedziałem dość przyjaźnie. Ta przewróciła oczami i spojrzała na mnie wściekle.
   -Oderwał mnie pan od moich obowiązków. Mam nadzieję, że nie zostanę za to ukarana.-mruknęła. Jej cięty język bardzo mnie bawił. Uśmiechnąłem się.
   -To byłoby niesprawiedliwe. Chciałbym ci przedstawić moją siostrę.- wskazałem na stojącą za mną blondynkę.- Ma na imię Skye.- skinęła na nią głową.- Skye, to Izzy. To ona będzie ci pomagać.
Izzy miała skwaszoną minę na wieść o większej ilości pracy w domu.
   -Rada jestem, że będę mogła z tobą pracować.- powiedziała zdecydowanie Skye. Izzy starała się nie ryknąć śmiechem.
   -Wybacz mi, ja nie. Czy to oznacza, że mój czas wolny zostanie ograniczony?- szybko zapytała Izzy.
   -Oczywiście, że nie. Część twoich obowiązków przejmie Alfie.- uprzedziła mnie z odpowiedzią Skye.
Izzy opadły ramiona. Czemu ludzie tak emanują uczuciami? Tego chyba nigdy nie zrozumiem.
   -A więc, co to za rodzaj pomocy?- Izzy patrzyła pytająco raz na mnie, raz na moją siostrę. Niechęć do nas była wręcz namacalna.
   -Nie chcę na obecną chwilę zaprzątać ci tym głowy. Wieczorem, gdy już będziesz po pracy, zabiorę ci kilka minut. Spotkamy się w salonie dla gości. Chciałabym wszystko z tobą dokładnie omówić.- zza moich pleców słychać było głos niecierpiący sprzeciwu. Kącik moich ust drgnął. Nigdy nie mógłbym wyprzeć się Skye. Byliśmy identyczni.


________
Od Jemi: Tak, wiem. Po raz kolejny rozdział jest bardzo krótki. Jednak powoli ruszamy z całą akcją, a ja, nadal, utożsamiam się ze swoją postacią. Jest dla mnie dość dużym wyzwaniem :)
Ale spokojnie, już w kolejnym rozdziale będzie się działo, obiecuję ;)

2.Rozstania zawsze są bolesne. Nawet jak zmieniają nas na lepsze.



   Izzy
 Usiadłam ostrożnie na łóżku głęboko oddychając. Czułam się jakbym traciła powietrze i mimo, że starałam się oddychać to nie mogłam. Nie chciałam płakać. Nie kiedy patrzy Astrid i ma przez to cierpieć. Uśmiechnęłam się więc tylko do małej pakując do torby najpotrzebniejsze rzeczy. Szczoteczka, służbowe ubranie, którym teraz miała być czarna, przed kolano sukienka, buty, które uznałam za najwygodniejsze i zdjęcia. Moje, Astrid i Chrisa. Momentalnie poczułam jak w gardle staje mi wielka klucha.
   ,,Izzy uspokój się. To tylko trzy miesiące, minie jak z bata strzelił, a jak wrócisz to znów będziesz móc walczyć z tymi pieprzonymi stworami.’’ No tak, ale przez te cholerne trzy miesiące muszę im usługiwać i się przed nimi płaszczyć. Pięknie mi się układa życie jak na razie.
   Ciche pukanie do drzwi, a zaraz potem tupot małych stóp Astrid. Dziewczynka otworzyła chłopakowi i wskoczyła mu na ręce coś szepcząc na ucho. Ten tylko skinął głową i posadził ją na fotel.
  -Przepraszam.- wyszeptał obejmując mnie w pasie i mocno do siebie przytulając. Do oczu napłynęły mi łzy, którym nie pozwoliłam popłynąć.
   -Daj spokój. To trzy miesiące, a nie wieczność. Zobaczysz jeszcze będziesz miał mnie dość jak wrócę.- chłopak parsknął śmiechem, choć wiedziałam, że po części wymuszonym.
  -A jakże inaczej.- zamilkł na krótko, by spojrzeć na Astrid.- Mała, Rose ma coś dla ciebie w kuchni. Zmykaj.- powiedział. Uradowana dziewczynka wybiegła zostawiając za sobą otwarte drzwi. Chciałam je zamknąć jednak Chris złapał mnie szybko i wpił się w moje usta. Poczułam na swoim policzkach łzy. Moje i jego. Zaśmiałam się przez szloch rzucając mu się na szyję.
  -Kocham cię.- powiedziałam zanosząc się płaczem i wtulając w jego zielony, wojskowy mundur, którego nie zdążył zdjąć po zebraniu. Swoją drogą, wyglądał w nim zniewalająco przystojnie.
  -Ja ciebie bardziej. Nie wiem jak sobie bez ciebie poradzę. Nie martw się o nic. Ani o Astrid, ani o Organizację, ani nawet o mnie. Wszystkim się zajmę razem z Rose. Obiecuję, że małej nic nie będzie, a od dzisiaj śpi u mnie w pokoju.- wydeklamował obsypując mnie jednocześnie pocałunkami.
   -Wiem, ale jak sobie pomyślę, że ma być tak daleko od was tyle czasu to mnie ściska.- wyszeptałam wtulając się w tors chłopaka. Czułam jak powoli oddycha zastanawiając się co mi odpowiedzieć żebym nie poczuła się jeszcze gorzej.
  -To wszystko moja wina. Powinienem się przyznać. Ale wiesz jak było. Musiałem to zrobić dla siebie i dla nich.- powiedział łapiąc mnie za szyję i zmuszając do spojrzenia w swoje błękitne oczy.- Oni nie mogą tak bezkarnie nas wykańczać. A rodzice… Na pewno byli by zadowoleni z jednego obcego mniej.- skinęłam głową doskonale go rozumiejąc. Moi rodzice też zginęli z rąk nadludzkich. Jeszcze miesiąc temu miałam rodziców, razem się śmialiśmy i cieszyliśmy, a teraz musze ich opłakiwać.
  -Sama bym to zrobiła gdybym miała okazję. Nie rozumiem czemu nie możemy ich po prostu zabijać od razu, czemu musimy pytać się o zgodę zarządu? Przecież i tak wszystkich wybijamy na końcu jak leci.-zasunęłam zamek od walizki i spojrzałam na zdjęcie stojące na stoliku nocnym. Złapałam za nie i wręczyłam Chrisowi.- Daj je Astrid jak już wyjadę.- chłopak tylko skinął nie spuszczając ze mnie wzroku.
   -A co do twojego wcześniejszego pytania… Wiesz jaka jest procedura. Przesłuchanie, informacje, a dopiero potem kulka w łeb.
   -A jeśli któreś będzie miało moc która zabije nas wszystkich zanim zdążymy go przesłuchać? Co wtedy? Kulka w łeb dla nas?- chłopak cicho zaśmiał się.
  -Może, miejmy nadzieję, że takiej siły jeszcze nie posiadają. To by było jak bomba nuklearna.
***
  Odetchnęłam przeglądając się w lustrze. Wyglądałam jak zwyczajna pokojówka. Ciemna sukienka, krótkie paznokcie,czyli przepisowo. Tylko jedno się nie zgadało. Moje buty. Najwygodniejsze trampki jakie miałam w domu. Związałam włosy w wysokiego kucyka, a szczotkę rzuciłam na satynową pościel mojego nowego łóżka. 
   Czas przywitać się z tymi czubkami i zastanowić się komu pierwszemu wpakować  pięść w twarz. Tyle nieprzyjemności mnie tu czeka, w końcu oni nawet nie mają mózgów jak ludzie. Są istotami bezrozumnymi, które robią to na co są zaprogramowane. Jak maszyny. Tak przynajmniej mówili w telewizji kiedy to się zaczęło. Zeszłam po krętych schodach po czy stanęłam w ogromnym holu wypełnionym po brzegi jakimiś pucharami, portretami i starymi meblami. Mieli tu tyle staroci, które przydałyby się na rozpałkę u nas w szturmowisku(innymi słowy Organizacja)
  -Dzień dobry.-odezwał się niski, męski głos. Odwróciłam się na palcach i spojrzałam w oczy chłopakowi. Miał około metra osiemdziesiąt pięć, cienko ostrzyżone ciemne włosy i oczy, których koloru nie mogłam rozszyfrować.- Panna Arizona czyż tak?- boże, jak on mówił. Jak jakiś arystokrata.
  -Cześć. Tak, to ja. Chciałam tylko spytać czy jestem do czegoś potrzebna bo chciałam zająć się myciem okien, a nie chciałabym…- chłopak przerwał mi niezwykle niegrzecznie jak na takiego poukładanego.
   -To nie należy do twoich obowiązków tutaj. Od tego mamy specjalnych ludzi. Nie możesz się narażać  i myć okien na wyższych piętrach.- czyżby myśleli, że mam zamiar skoczyć? Jeszcze czego.- Będziesz pracować w kuchni. Ale zanim to. Jestem Vincent Royal. Mam nadzieję, że będziesz dobrze czuć się w naszym domu.
-Naszym?- wydukałam nie odrywając od niego wzroku.
 -Oczywiście nie twoim. Ty na pewno masz rodziców którzy na ciebie czekają i tam jest twój dom, ale chciałbym z siostrą żebyś czuła się jak u siebie.- ugryzłam się w język żeby nie wykrzyczeć mu prosto w twarz, że zamordowali mi rodziców ci jego kumple z jego gatunku.- Skye odwiedzi cię wieczorem w pokoju żeby zobaczyć czy dobrze się czujesz. Jeśli będzie taka konieczność będziemy wyznaczać ci inne zadania niż kuchnia, ale na razie musisz się przyzwyczaić do tego miejsca.- skinęłam głową na znak zrozumienia.-Alfie wszystko ci wyjaśni.- jakby na dźwięk swojego imienia obok mnie zjawił się chłopak.
   -Cześć.- powiedział cicho tak by nie usłyszał Vincent i puścił mi oczko.
  -Zaprowadź pannę Arizonę do kuchni i pokaż jej co należy robić o tej porze dnia. Jak już to zrobisz to przyjdź do mnie i Skye. Mamy coś do uzgodnienia.
   Ruszyliśmy wraz a Alfiem w stronę schodów prowadzących w dół. Miałam zamiar przez całą drogę milczeć, ale on chyba nie rozumiał co oznacza cisza, bo cały czas coś gderał, a to obsłudze, o niezdecydowaniu nadludzi czy o okropnym jedzeniu jakie dają służbie.
  -Wiem, że nie jesteś człowiekiem.-powiedziałam tylko krótko nie spuszczając wzroku z schodów. Chłopak stanął w miejscu po czym dobiegł do mnie i zatrzymał mnie żelaznym uchwytem.
  -Coś ty powiedziała?!-wręcz krzyczał na mnie.-Nigdy nie mów takich bzdur. Jestem człowiekiem, a nie jakąś pieprzona maszyną.- warknął po czym ruszył szybkim krokiem przed siebie. Takiej reakcji się nie spodziewałam. Liczyłam raczej na śmiech, który miałby mnie zmylić lub obojętność, ale nie złość. Oni się nie złoszczą. Chyba.
   -Wybacz.- powiedziałam tylko cicho licząc, że usłyszy i nie będę musiała powtarzać drugi raz.
  -Zapomnijmy o tym, a teraz przywitaj się z naszą ekipą.- warknął jeszcze nieco wytrącony z równowagi i otworzył przede mną drzwi wielkiego pomieszczenia, które miało być kuchnią.

 ____________
Od Akwamaryn: Nie spodziewałam się, że tak szybko uda mi się go napisać. Mam nadzieję, że Izzy wam przypadnie do gustu i jej bunt przeciwko wszystkiemu co się rusza. 

poniedziałek, 22 czerwca 2015

1. Chłód ciszy.




Skye

            Delikatnym ruchem ramienia zrzuciłam włosy z ramienia. W ciszy przyglądałam się życiu, które toczyło się swoim rytmem za lustrem szkła. Zamrugałam. To był już odruch. Uczyłam się go przez wiele lat spędzonych w Podziemiu będąc Wysłannikiem. Obecnie jest to zupełnie nieprzydatne. Nie musimy się już ukrywać ani grać. W końcu możemy być tym kim jesteśmy.
Ludzie.
Na moich ustach pojawia się mimowolny uśmiech.
Niesamowicie słabi. Pełni sprzecznych emocji, targani przyziemnymi problemami. Nie dostrzegli momentu przekroczenia granicy. Wniknięcia Obcych do „ich” świata. Zbyt zajęci nie spostrzegli, że jest nas więcej. Wprowadzaliśmy powolne zmiany. Aż w końcu zaatakowaliśmy. Odebraliśmy to co do nas niegdyś należało.
Jak zareagowali ludzie?
Byli zaskoczeni.
Właśnie na tym polega ich słabość. Są po prostu ślepi. Przekonani o swojej wyższości.
Usłyszałam jak ktoś zbliża się do drzwi. Pukanie było zbędne.
   -Skye, masz chwilkę?- postawna sylwetka Vincenta odcinała się na tle białej ściany. Znał odpowiedź.- Potrzebuję twojej pomocy.
Skrzywiłam się. Nie lubiłam gdy to mówił. Zawsze chodziło o jedno.
   -Kto?- zapytałam całkowicie odwracając się w kierunku szatyna.
   -Aleksjej. Przeszukiwał mój gabinet. Jest szpiegiem.
Podeszłam do niego. Oznaczało to zgodę. Vincent i ja spędziliśmy ze sobą nasze całe dotychczasowe życie. Przez tak długi czas można nauczyć się drugiej osoby. Rozumieliśmy się bez słów.
   -Myślałam, że jest mądrzejszy. Szkoda, całkiem go polubiłam.- Vincent przepuścił mnie w drzwiach. Jego wyraz twarzy nie zmienił się. Już wiele razy od niego słyszałam, że powinnam bardziej uważać. Twierdzi, że jestem zbyt podatna. A  egzystencja wśród ludzi osłabiła mnie. To był jeden z minusów bycia Wysłannikiem. Żyjąc wśród ludzi, na powierzchni, upodabniasz się do nich. Burzą mur, którym jesteś otoczony. Wywołują w tobie uczucia. A to one sprawiają, że jest się słabszym.
   -Daliśmy mu szansę na zmianę. On wybrał inną drogę. To była jego decyzja. Musi ponieść konsekwencje.- powiedział stanowczo.
Przeszliśmy długi korytarz, zeszliśmy schodami. Znaleźliśmy się w holu. Vincent wszedł do pomieszczenia dla służby. Słyszałam krzyki i płacz. Mrugnęłam. Po chwili wszystko ustało. Mój brat wygłosił mowę. Ostatnie ciche rozmowy. A potem wyszedł, a za nim Aleksjej. Nie był skuty czy spreparowany. Vincent nigdy nie odbierał nikomu godności. Działał według prawa, egzekwował je. Aleksjej nie był naszą własnością. Odbywał karę.
W końcu dotarliśmy do czarnych drzwi.
Aleksjej przekroczył próg pierwszy, później zrobiłam to ja. Drzwi się zamknęły.
   -Aleksjeju Michałowie otrzymałeś amnestie- ułaskawienie, twoja kara była łagodna. Znałeś prawo w momencie jego złamania. Wyrok zapadł. Zostajesz skazany na śmierć za działalność szpiegowską oraz złamanie zasad amnestii.- mój głos brzmiał zdecydowanie.- Czy chcesz coś powiedzieć?
   -Odebraliście nam NASZ świat, wymordowaliście wielu z NAS. Jesteście tylko maszynami. Cieszę się, że nie będę musiał egzystować w tak chorym systemie. Współczuje żyjącym.- powiedział twardo parząc na mnie z nienawiścią.
Zamknęłam oczy. Poczułam przebiegający przez całe ciało impuls. Zrobiło się straszliwie zimno. Cały świat jakby zamarł na moment.  Chwilę później padł martwy.
Zapukałam w drzwi. Vincent czekał już z trzema współpracownikami. Podziękował mi. Nawet na niego nie spojrzałam.
Właśnie dlatego zawsze byłam sama. Moja moc przerażała wszystkich. Nawet mnie.   


_____
Od Jemi: Rozdział jest krótki, to prawda. Jednak moim celem było ukazanie psychiki Skye. Wybaczcie za jakość tekstu, już dawno nie pisałam. Muszę przypomnieć sobie jak się to robi :)