Izzy
Po opuszczeniu gabinetu głęboko odetchnęłam.Czemu to wszystko musi być tak trudne i upokarzające? To oni powinni pracować dla nas a nie na odwrót. Ojciec zawsze mi powtarzał, żeby nigdy nie wyrywała się przed szereg bo przysporzę tylko sobie samych kłopotów. I miał rację. Przez mój wścibski nos i niewyparzony język trafiłam do jakiegoś wariatkowa z rodzeństwem z psychiatryka.
Szlag mnie trafia na samą myśl, że będę musiała pomagać Skye. Nie wyglądała na miłą osóbkę, która śpi z pluszowym misiem u boku. To raczej typ laski, która urwała by facetowi jaja za sprośny dowcip. Z jednej strony tak mi przypomina siebie z tym sarkastycznym i udawanym uśmieszkiem, a z drugiej nie chciałabym nawet znać jej imienia wiedząc co ona wyprawia w godzinach pracy z ludźmi.
Zacisnęłam mocniej zęby zbiegając po schodach do kuchni. Wypuściłam z siebie powietrze dopiero gdy znalazłam się przy drzwiach i zobaczyłam to co musiałam zobaczyć. Serce mi na moment zamarło. Poczułam jak oddech mi przyśpiesza, a twarz zastyga. Przede mną znajdował się facet, niezwykle dobrze zbudowany z bronią w dłoni, którą mierzył w Alfiego. Mężczyzna był zwrócony do mnie plecami więc nie był w stanie mnie dostrzec. Ja jednak doskonale zdawałam sobie sprawy z tego jak wszyscy inni w pomieszczeniu gapią się na mnie. Wszyscy oprócz Alfiego. On stał patrząc prosto w twarz strażnikowi i mrużył przy tym wojowniczo oczy. Wszystkie kucharki i pokojówki, które w jakiś sposób dotarły do kuchni akurat w tym momencie, gapiły się na całe zamieszanie nie odzywając się ani słowem.
-Rozumiesz co do ciebie mówię ty ludzka pokrako?!- wrzasnął strażnik przykładając broń do czoła Alfiego. Chłopak jednak ani śmiał drgnąć. Ja za do cała drżałam w środku myśląc o tym co musiał takiego zrobić. - Odpowiedz albo odstrzelę ci łeb!
-Odpowiedz...-wymsknęło mi się przez przypadek. Ja i mój język, który nie może wysiedzieć za zębami. Cudownie. Facet obrócił się do mnie.
-Słyszysz ją? Odpowiedz. Swojej koleżance z gatunku chyba nie odmówisz.- zacisnęłam pięści i już miałam się na niego rzucić chcąc oderwać mu nos i wydłubać sztuczne oczy kiedy Alfie złapał mnie za rękę i i przeciągnął za siebie.
-Rozumiem. Dostosuję się.- wyrecytował szybko.
-Ma się rozumieć.- na twarzy strażnika pojawił się uśmieszek, który mówił, że innej odpowiedzi nie przyjął by.-Wieczorem chcą cię widzieć u Vincenta. Módl się żeby był tak łaskawy jak ja.- i zanim zdążyłam zareagować zniknął. Cisza automatycznie została przerwana i wszyscy wrócili do swoich zajęć.
-Idiotko! Całkiem ci odbiło?! Kiedy rozmawia się z Oliverem nie wolno przeszkadzać.- warknął wściekły Alfie puszczając moją dłoń.
-Przepraszam bardzo, ale jestem tu nie cały dzień, a mam wszystko wiedzieć? Czego on tak w ogóle chciał?- spytałam nie spuszczając wzroku z chłopaka.
-On tu jest od wyznaczania kar. Jeśli coś przeskrobiesz to on się tobą zajmie. Jeśli musisz wiedzieć to poszło o list.- spojrzeniem dałam mu do zrozumienia, że nic nie rozumiem z jego paplaniny.- Raz w miesiącu wysyłamy list do bliskich, ale są określone kryteria. Nie możesz narzekać na życie u swoich opiekunów, nie możesz zdradzać informacji, które doszły twoich uszu nawet przypadkiem w domu nadludzi. Nie wolno ci też rozmawiać na tematy ich rasy. Czyli w sumie możesz pisać tylko o pogodzie i pytać co u nich. Złamałem zasady. I więcej nic ci do tego.- wydeklamował po czym spokojnie wyszedł jak gdyby nigdy nic.
No pięknie. Dobrze, że wiem o tych zasadach teraz a nie po pisaniu listu. Jeszcze bym się wkopała w jakieś bagno.
***
-Panno Arizona. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że zabiorę ci kilka minut.- powiedziała Skye siadając w fotelu w salonie. Chciałam jak najszybciej przebrnąć przez formalności i położyć się w łóżku. Teraz liczyłam już tylko na sen. Miałam dość wszelkich atrakcji dnia. Logicznym było więc, że nie odpowiedziałam na to pytanie. Nie chciałam kłamać, a tym bardziej obrazić jej. Raczej by mi nie popuściła.- Lubi pani dzieci?
-Co to za pytanie?- czy to nie wykracza już poza sfery zawodowe. Chyba mam prawo do własnych upodobań.
-Rutynowe. Zajęcie do którego chcę panią włączyć wymaga odpowiedzi na to pytanie. Nie chciałabym żeby męczyła się pani z powodu obowiązku który na panią narzucimy.- dobra. To staje się co najmniej dziwne.
-Lubię.- tak. To jest dobra i rzeczowa odpowiedź. Po co zagłębiać się w informacje o Astrid czy mnóstwie dzieciaków, który poniosły śmierć z rąk tych sukinsynów. Ograniczmy się do zdawkowych odpowiedzi.
-To cudownie. Proszę za mną.- uśmiech zawitał na twarzy Skye. Dziewczyna wstała i ruszyła w stronę wyjścia. Przeszliśmy kilka przecznic. Nie powiem żeby było mi jakoś ciepło w sukience ledwo za kolano i czarnych balerinach, ale moja towarzyszka wcale nie wyglądała lepiej. Miała na sobie jedynie czarne rurki i koszulkę ledwo zakrywającą brzuch. Kiedy w końcu jednak dotarliśmy na miejsce i weszliśmy do środka chłód nie miał znaczenia. Byłyśmy TU. W miejscu o którym tylko słyszałam pogłoski i historie. W miejscu o którym mówiło się z taką nadzieją i radością. Chciałam żeby ono istniało, ale bałam się go szukać. Bałam się, że go nie znajdę i stwierdzę, że nie istnieje. A to doprowadziło by mnie do rozpaczy.
I co z tego, że chciałam być twarda? Co z tego że zacisnęłam zęby i pięści jeśli i tak upadłam na kolana przed Skye i zatopiłam się w łzach szczęścia. Boże, jak dobrze, że tu trafiłam, że odnalazłam azyl dla Astrid kiedy już zginę razem z Chrisem. Tu ją wyślę. Właśnie tu.
Głośno zaszlochałam kolejny raz czytając tabliczkę wiszącą na ścianie w pomieszczeniu pełnym dzieci.
,,Sierociniec dla dzieci, których rodzice polegli w walce.''
Maluchy były wszędzie. Jedne biegały i krzyczały bawiąc się, inne siedziały w kącie płacząc zapewne za rodzicami. Oczywiście, że było mi ich żal. W końcu gdyby nie ja Astrid też by tu trafiła. Ale to miejsce je ratowało. Wyciągało je z dna i zapominało o podziałach. Tu mogły być bezpieczne. Nie szczęśliwe w pełni, ale bezpieczne.
-Sierociniec ma pod swoją opieką ponad setkę dzieci. Pracują tu wolontariusze jak i opłacani opiekunowie. Ludzie i nadludzie, wszyscy o dobrym sercu. Wyboru dokonujemy powoli i starannie, a ty po prostu tu pasujesz. Będziesz tu ze mną przychodzić codziennie na trzy godziny. Jeśli uznasz, że podołasz przydzielimy ci grupę dzieci pod własną opiekę. Będzie to piątka podopiecznych. Nie masz prawa wyboru więc nie przywiązuj się do nich i nie faworyzuj.Są tu dzieci i wasze i nasze, ale traktujemy je tak samo, zresztą różnicy i tak byś nie dostrzegłam. Jeśli masz jakieś pytania zadawaj je śmiało.- zakończyła stojąc nade mną. Zapewne powinnam już wstać, ale czułam że nie mam na to siły.
-Przepraszam.- wyszeptałam podnosząc się i wycierając policzki od łez.
-Wiem, że Alfie ma ci pomagać więc jeśli masz ochotę mogę przepisać go razem z tobą. Jak uważasz?- co prawda źle zaczęliśmy i Alfie pewnie będzie mnie teraz unikał, ale to na razie jedyna osoba z którą rozmawiałam oprócz Skye i Vincentem, no i tego typa Olivera.
-Była bym wdzięczna.- powiedziałam pewnie.
-Dobrze. Zaczynamy od jutra.
__________
Od Akwamaryn: Dobra! Napisałam! Jakoś to przeżyłam i udało mi się znaleźć tę chwilę w nawale nauki. Co do rozdziału to będzie krótko i zwięźle. Chyba mi się podoba, ale jestem samokrytyczne więc wybaczcie, że ocenę zostawię wam.